O tygodniu mijającym i wybuchu bomby

Żebym w tygodniu miała dłuższą wolną chwilę, muszą ewakuować cały budynek, ponieważ ktoś grozi, że podłożył bombę. Z jednej strony to, co się stało jest karygodne i taki żartowniś powinien siedzieć za kratami, ale z drugiej strony jestem mu wdzięczna, bo z tego tytułu mogłam wrócić do domu o godzinie trzynastej, zamiast siedemnastej. O przewrotności ma...

I kolejny samotny weekend. No... Nie do końca samotny, ponieważ wczoraj wpadła E. Została na noc. Odwiedziłyśmy naszego wspólnego znajomego, który mieszka w kamienicy obok. Nie chcę używać brzydkiego sformułowania, ale jego miejsce zamieszkania jest naprawdę obskurwiałe, muzyka, która stamtąd dochodzi również. Taka typowa menelnia. Ale czasami trzeba oderwać się od rzeczywistości i posiedzieć z imprezowymi ludźmi. No bo dlaczego by nie?

Jestem głodna, ale tym razem nie pokusiłam się na kubełek z KFC dla dwóch osób. Trzeba zachowywać pozory zdrowego odżywiania, nawet jak nikt nie patrzy. Niewiele jednak brakowało, a zamówiłabym, przy pomocy specjalnej aplikacji na Androida, pizzę ze szpinakiem. Nie wykluczam, że tego nie zrobię, choć chyba rozsądniej będzie zrobić kanapkę z szynką, w końcu późno już, a na noc podobno się nie je.

W czwartek na uczelni, klon JD podczas naszego SMS-owania na zajęciach (tym razem nie usiadł obok mnie, tylko kilka ławek dalej, o czym niezwłocznie mu napisałam) stwierdził, że się wystroiłam. Nie wiem co mnie napadło, ale wzięło mnie na coś, co w sumie można było nazwać flirtem i odpisałam pół-żartem, pół-serio: Bo myślałam, że usiądziesz obok mnie. W sumie rozbawiła mnie ta sytuacja i w zasadzie nie wiem dlaczego o niej piszę. Z klonem JD umawiam się na wspólną naukę, a potem może i piwo, czyli tzw. łączenie przyjemnego z pożytecznym. Poza tym on dzwoni od tak, tuż przed zajęciami czy będę, bo on też będzie. Ja dzwonię do niego czy zdał to, z czego go uczyłam. Fajnie mieć w końcu jakiegoś kumpla, a nie kumpele. I to klona JD. Uprzedzając wszelakie spekulacje - ma dziewczynę, a ja mam chłopaka.

Poza tym źle się dzieje. Dziś rano odczytałam maila od mojego promotora pracy magisterskiej, który sam z siebie napisał do mnie wiadomość z zapytaniem jak mi idzie pisanie i żebym zgłosiła się po wpis z seminarium. Byłam w totalnym szoku, biorąc pod uwagę, że prowadzący raczej nie piszą sami z siebie do swoich studentów i nie ponaglają ich, żeby pojawili się po wpis, zwykle nie interesuje ich to szczególnie, a tu proszę.