Buce i buraki

Dziś przychodzę się pożalić. I tak... Pożalić, nie poużalać, jak to dotychczas było. Tym razem nie będzie o mnie, o tym, jaka czuję się samotna, głupia i niedowartościowana. Nadchodzi wiosna, więc takie myśli odeszły już dawno w siną dal. No... Aktualnie tęskno mi do M., który wyjechał do Sri Lanki i wraca za nieco ponad tydzień. Wiadomo, że mi go brakuje i chciałabym, żeby był przy mnie, ale postanowił odpocząć od tego, co ma tutaj, ode mnie też. A i mi od niego odrobina oddechu przyda się niemożliwie. Nic tak nie wzmacnia związku jak tęsknota, prawda?

Ale do rzeczy. Część z Was pewnie wie, że wykonuję bardzo ambitny i cudny zawód recepcjonistki w pewnej specjalistycznej klinice, w pewnym wielkim mieście w Polsce. Nie, stop, jakiej recepcjonistki? Jestem rejestratorką medyczną, lub jak to się dziewczyny w innym wielkim mieście w klinice pod tym samym szyldem nazywają specjalistką do spraw obsługi pacjenta.

Do tej pory zarządzała nami pewna pani dyrektor, której najbardziej na świecie zależało na tym, żeby nasi pacjenci w klinice czuli się możliwie najlepiej, najchętniej jak w domu. Stawiany był nacisk na ich obsługę, na profesjonalizm. Na to, że jak ktoś już przychodzi, płaci, to żeby obsłużyć go możliwie najlepiej, możliwie dogłębnie, zaopiekować się nim. I tak też cały nasz zespół się starał. Recepcja była możliwie najmilsza, każdego traktowałyśmy indywidualnie, szczerze się uśmiechałyśmy. Naprawdę SZCZERZE. Sama praca była miła i przyjemna, w ciepłej atmosferze. Wiadomo, że narzekałyśmy na panią dyrektor bo była dość specyficzna, ale tak koniec końców była naprawdę w porządku - na wiele rzeczy przymykała oko, nie kontrolowała nas szczególnie, darzyła nas zaufaniem i wierzyła, że to, co robimy jest dobre. Wiadomo, że od czasu do czasu nas krytykowała, ale zawsze z sensem. Generalnie byliśmy zespołem stworzonym przez nią. To ona zatrudniła ludzi, którzy pracują w naszej filii i specjalnie dobierała ich tak, żeby stworzyć jak najlepsze warunki do pracy nie tylko pod względem kompetencji ale również możliwie bez problemów interpersonalnych. Krótko mówiąc - prawie wszyscy się znali i lubili.

W pracy mogłam sobie pozwalać na naprawdę wiele, co jednak nie oznaczało spadku jakości wykonywanych przeze mnie obowiązków. Stwierdziłam, że skoro tam mnie zatrudnili, to zgodnie z umową, będę pracowała najlepiej, jak tylko potrafię. I tak też było. Nauczyłam się rozmawiać z obcymi mi ludźmi, przekazywać im niezbyt radosne nowiny i podszkoliłam swój język mówiony, z którym niestety było u mnie krucho i na początku zastanawiałam się co ja tam w ogóle robię? Jak taka aspołeczna i nieśmiała osoba może pracować na recepcji i być wizytówką firmy. To było dla mnie swojego rodzaju wyzwanie! Jednak dzięki temu, że dano mi swojego rodzaju fory nauczyłam się tego, co zawsze było dla mnie takie trudne.

Czyż to nie brzmi, że tak to ujmę, jak przemówienie nad grobem starej pracy? Brzmi. Wyżej wspomniana pani dyrektor została zwolniona ze swojego stanowiska. Nie będę opisywała szczegółów bo jeszcze przeczyta to ktoś, kto nie powinien i będzie ekszyn. W każdym razie... Nowy, tym razem PAN dyrektor, z zawodu kurwa mać dyrektor to ex-dyrektor jednej z większych korporacji medycznych w naszym kraju o ogromnym doświadczeniu w zarządzaniu pracownikami w służbie zdrowia... A tak naprawdę? Buc totalny. Czy nie sądzicie, że jeśli przyjeżdża się do placówki, w której będzie się pracowało i zarządzało personelem administracyjnym, to wypada się przedstawić i każdemu z pracowników podać rękę? Tak każdy wychowany i o dobrych manierach człowiek robi, jednak nie na nasz nowy pan dyrektor.

Oprócz braku kindersztuby jakiejkolwiek nie posiada również wymaganego dystansu. Cwaniak do potęgi entej, który zamiast do widzenia mówi do mnie cześć! pa!. Ale to nic... Każdy może mieć jakiś swój specyficzny sposób bycia bez względu na wszystko. Najbardziej boli mnie jednak fakt, że teraz nadejdzie inwigilacja totalna, czepianie się każdego słówka powiedzianego do pacjenta. Omawianie każdego potknięcia w naszej rozmowie... Tak, teraz nasze rozmowy będą NAPRAWDĘ nagrywane i analizowane. Ale zaraz, zaraz... Czy my aby nie potrzebujemy szkolenia? Czy nie powinnyśmy WIEDZIEĆ co trzeba, a czego nie wolno? Oczywiście, że tak. Ale kasy brak. I teraz będzie się od nas wymagało czegoś, o czym tak naprawdę nie mamy zielonego pojęcia. Pan dyrektor już od pierwszej chwili, gdy zajął to zaszczytne stanowisko postanowił zadzwonić do jednej filii w innym wielkim mieście i powypytywać o usługi, jako pacjent. Podobnież wysyła jeszcze innych swoich znajomków, aby ocenić jakość obsługi. Czy użyłam już określenia inwigilacja? Jeśli tak, to zrobię to po raz drugi. INWIGILACJA. I domowy nastrój w pracy szlag jasny trafił. Szczęście w nieszczęściu, że osobliwy pan dyrektor nie będzie u nas codziennie bo mieszka w innym mieście.

Ale, ale... Zapytany o priorytety i cele odpowiedział zysk, a profesjonalizm i jakość usług dopiero na drugim miejscu. Jeśli nie ma czasu na większą ilość miejsc, to trzeba skrócić wizyty, nie trzeba przecież tak dokładnie badać pacjentów... Ja rozumiem, że prywatna placówka medyczna powstaje zwykle właśnie po to, by zarobić, ale brak jakości też kosztuje, no ludzie... Czy to aż tak ciężko zrozumieć? Tutaj igra się ze zdrowiem ludzkim! To nie warzywniak czy sklep z ciuchami. To klinika... Nosz kurwa...!

Oprócz tego dodam, że szanowny pan dyrektor został zwolniony z hukiem z innych swoich stanowisk i nawet miał rozprawy w sprawie molestowania seksualnego. Skąd oni takiego buraka wzięli, powiedzcie skąd do licha?

I wiecie... Jak zawsze moja młoda dusza była żądna sensacji i takie akcje napawały mnie podnieceniem i błyskiem w oczach, bo przecież coś się dzieje i nieważne, że cudzym kosztem, jest akcja, tak teraz mi przykro. Autentycznie mi przykro, że to się tak potoczyło. Że z miejsca, które miało być naprawdę przyjazne dla innych, z wysoką jakością usług, może się zrobić protekcjonalny i korporacyjny burdel, nastawiony jedynie na zysk, każdym kosztem.

I tak generalnie to rozważam szukanie nowej pracy. Studia kończę za kilka miesięcy, jeśli do tego czasu nic się nie poprawi, lub pogorszy to żegnam się z szanowanym towarzystwem.

invisible 22.04.2013, 22:19

przykład tego, że zmiany nie zawsze wychodzą na lepsze. szkoda fajnego miejsca. jak pacjenci zauważą zmianę, to przestaną się u Was leczyć. teraz klinik jest dużo, szczególnie w większych miastach... trzymam kciuki!

juiz 10.03.2013, 22:39

Ano jest przykro.
I nie tylko u ciebie jest tak.
U mojego małża w pracy też takie harce odchodzą, przez ostatni rok miał aż 4 menagerów - każdy "lepszy" od poprzedniego - a ostatni taki dobry, że nie wie co do czego służy, nie umie załatwić podstawowej rzeczy i wszystko spada na małża.Nie wspomnę o psuciu atmosfery i totalnego podejścia służbicznego. Facetowi myli się w zasadzie wszystko - mąż zatrudniony na umowę i rozliczają go z wykonanej roboty, a koleś taki służbista, że choćby mąż wykonał robotę w 4h to każe mu w robocie siedzieć całe 8h (nie ważne, że będzie siedział i pierdział w stołek), mimo, że nie rozliczają go z godzin. Paranoja.
Wracając do obsługi klienta w takich placówkach - osobiście wolę, gdy pani/pan pod drugiej stronie blatu jest do mnie życzliwie nastawiona, ale szczerze życzliwie. Nie znoszę tego wymuszonego uśmiechu - bo to widać! Kiedy widzę po raz enty, gdy kobietę skręca z bólu/złości/niepewności czy strachu (niepotrzebne skreślić) to aż przykro mi się robi, że wszystko dziewczyna na silę musi. Przyjazna atmosfera powinna być nie tylko dla klienta, musi być także po tej drugiej stronie, by każdy był uśmiechnięty i życzliwy dla drugiej osoby. Ale jak tu pracować, jak widzisz co się dzieje?
Ech... miłego wieczoru :)