O beznadziejnosci mojej i samopoczuciu kompletnie złym

Nie lubię się żalić, ale czuję, że muszę. Chciałabym napisać, że jestem szczęśliwa i wszystko mi się w życiu układa. Właściwie to nie powinnam mieć powodów do narzekań, ale naprawdę nie jest ze mną dobrze. Może to przez pogodę albo przez nawał obowiązków, ale naprawdę nie ma niczego w moim życiu, co sprawiałoby mi radość. Czasami odnoszę wrażenie, że może mam jakąś depresję, czy... coś. Nie cieszy mnie fakt, że mieszkam z M. Ostatnio powiedziałam mu nawet, że nie jestem szczęśliwa ani w tym domu, ani z nim. Po tych słowach poczułam niemałe wyrzuty sumienia, ale co ja mam zrobić, skoro taka jest prawda? Żyję z dnia na dzień, a raczej wegetuję. Kończę studia i pracuję - to prawdopodobnie główna przyczyna mojego samopoczucia. Nie winię M. za to, jaki jest, bo nie jest zły i wiem, że chce dobrze, że się stara. Sądzę, że aktualnie z każdym innym facetem byłoby to samo.

Tydzień goni tydzień, weekend trwa zdecydowanie za krótko i nie mam przy sobie nikogo, kto by mnie wspierał tak, jak ja bym chciała. Marzy mi się, żeby ktoś mówił mi na okrągło, na zasadzie zdartej płyty: Nie martw się, w końcu będzie lepiej, wytrzymaj jeszcze trochę. Mój mężczyzna z kolei powtarza mi, że ma nadzieję, że znajdę lepszą pracę, mimo studiów, które kończę. Bo dla niego najlepsze możliwe studia to informatyka, prawo i medycyna, z czego dwa ostatnie wymagają rodziny w zawodzie. Cała reszta wymaga znacznie większego wysiłku tuż po. Co prawda to prawda, ale w końcu życie to wyzwanie.

Co sprawia mi radość? Chyba już nic. Zdjęć nie robię od bardzo dawna. W zeszłym roku byłam na dwóch, może trzech sesjach, z czego po każdej czuję mocny niedosyt. Nikt ich specjalnie nie docenił, a i mi ścierać się specjalnie nie chciało. Mam ochotę porobić fotografie, takie, z których będę naprawdę zadowolona, ale po prostu mi się nie chce. Osiadłam na laurach i nie mam siły tego zmieniać. Kiedyś pisałam (wiecie w ogóle o tym?), ale o tym zupełnie już zapomniałam. Okres emocjonalnych, nastoletnich uniesień mam już za sobą, więc tym samym tematyka do pisania odeszła w niepamięć. Wiecie... Po prostu nie mam o czym pisać. Nie jestem nieszczęśliwie zakochana, a w mojej głowie nie roi się od pomysłów. Moja kreatywność też powoli odchodzi w niepamięć.

Źle mi, bardzo mi źle i nie wiem za bardzo co z tym wszystkim zrobić. Odczekać, nie myśleć, pracować jak robot i w końcu znaleźć moment, w którym znajdę siły i przede wszystkim chęci na to, żeby wszystko odbudować czy teraz usilnie starać się by było lepiej?

A póki co muszę odprasować bluzkę. Idziemy z M. na urodziny do mojej koleżanki z uczelni. To może być miła odskocznia od tych moich wszystkich beznadziejnych myśli o całej beznadziejności mojej i tego świata.

invisible 17.01.2013, 16:50

Przestałaś robić zdjęcia? Oj nie...