Wtorkowe wkurzenia, wynurzenia i podenerwowania

Felerny wtorek. Kretynizm do potęgi entej, jak to często mawiam. Już nawet nie chce mi się robić herbaty i siedzę przy kartonie wieloowocowego soku Moreno i tak klepię w tą klawiaturę. W końcu powinnam uczyć się słówek na angielski... Cholera! Sok się skończył.

- Niech się pani uśmiechnie! Jutro będzie gorzej! - powiedziała Kamila do Gieni, gdy tamta rozdając nam sprawdziany z fizyki obdarzała nas zniesmaczonymi minami.

I co jest w tym wszystkim najgorsze? Że szanowna Kamila wykrakała. Cholera jasna (cholera, cholera, cholera...!). Litry łez, histerie itepeitede.

Wszystko zaczęło się niepozornie. Piękne cztery lekcje. Po szkole poszłam do Empiku, żeby kupić kartkę świąteczną dla mojego M. Stałam nad tymi kartkami dobre dwadzieścia minut. Wiadomo... Zanim zdecydowałam którą, z jaką kopertą, to minęło trochę czasu. W końcu nie mogę wysyłać jakiegoś chłamu.

Wyszłam z Empiku i powędrowałam do McDonalda na kawę. I tutaj zaczęły się schody. Poprosiłam o dużą, czarną. Pan z wielką łaską podał mi napój i zabrał moje ostatnie grosze. Weszłam sobie po schodkach na górę z nadzieją, że znajdę jakieś dogodne miejsce. No i znalazłam, acz średnio dogodne. Dobra, może być tutaj, siadam - pomyślałam i tak zrobiłam. Otworzywszy wieczko moje oczy ujrzały CZARNĄ kawę. Tylko, że dosłownie. Myślałam, że mnie szlag trafi. Kawa bez mleczka?! Czy kogoś tu pogięło?! Przecież to istne szaleństwo! Ja mam pić takie szczyny? Tak... Nie miałam innego wyboru. Przecież nie mogę wylać całych czterech złotych i dwudziestu groszy, prawda? Prawda - odparło echo.
Wsypałam saszetki z cukrem i zaczęłam pić. Gorzka, ale nie taka zła. Wyjęłam zeszyt z matmy, wyrwałam jedną kartkę i postanowiłam napisać opowiadanie. Spojrzałam na faceta, który siedział naprzeciwko mnie, postanowiłam napisać o nim. Ot tak sobie, zainspirował mnie. Taki chłopczykowaty, czyli typ, który Agatki lubią najbardziej. Siedziałam, zerkałam na niego od czasu do czasu i skrobałam literka po literce. Jakież było moje zdziwienie, gdy tamten w ciągu dziesięciu minut pożarł frytki, Big Maca i jakiś bliżej nieokreślony, gazowany napój. Moja inspiracja sobie poszła. Dobra, trudno się mówi.

Pisałam dalej. Piłam tą cholerną kawę, gdy zostało mi troszkę na dnie podeszła od mnie jakaś dziewczyna...

- Przepraszam, czy tu wolne? - spytała stojąc nade mną z tacką wypełnioną jedzeniem.

Nie, spieprzaj mi stąd, tu ludzie tworzą.

- Tak, wolne - odparłam. Cholera, gdzie podziała się moja asertywność? Posadziła swoją pupkę na krzesełku, wyjęła książkę od historii, po chwili otworzyła ją i zaczęła się uczyć. Dopisałam dwa zdania do mojego opowiadania, dopiłam obrzydliwą kawę, założyłam szalik i kurtkę po czym opuściłam lokal.

Postanowiłam pójść na tramwaj, gdyż na sto dwadzieścia dwa nigdy nie można liczyć.

W domu naszła mnie po raz drugi wena. Postanowiłam robić zdjęcia aniołkowi, którego moja babcia otrzymała od swojej córki (czyli od cioci, krótko mówiąc, mojej cioci). Chciałam sobie świąteczną tapetę na pulpit zrobić. I co? I stała się rzecz, która doprowadzi mnie do grobu... W moich rękach zepsuła się najdroższa zabawka (nie licząc samochodu) tatusia. Dlaczego cholera w moich rękach?! Zrobiłam zdjęcie temu kretyńskiemu aniołkowi i nagle wyświetlacz zaczął mi się rozmazywać. Zaczęłam głęboko oddychać, starałam się panować nad sytuacją. Potem wielkie naprawianie. Nic. Wyświetlacz wciąż się rozmazuje. No to wpadłam w panikę. Dlaczego do cholery w moich rękach? No dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Znowu będzie na mnie.

Potem przyszła mamusia, która jeszcze przed zebraniem walnęła mi wykład na temat mojej potencjalnie strasznej przyszłości, w której widzi mnie bez pracy i wykształcenia. Ja przecież za pięć miesięcy mam maturę a tak naprawdę, to nic sobie z tego nie robię. Nie uczę się biologii! Gdy coś staram się jej wytłumaczyć, to ona wie swoje. Wiesz co, mamo? Powiem Ci brzydko... Pieprz się! Wybaczcie mi, ale gdy mam przed oczami widok mojej mamy prychającej mi i twierdzącej, że ona lepiej zna szkolne struktury i placówkę mojej edukacji ode mnie, to szlag nagły mnie trafia.

Idę do słówek. Podróżowanie i turystyka, już mnie na wymioty bierze.

sack-of-shit 21.12.2006, 01:49

cześć laska.
Mateusz, pamiętasz. boże, ile to lat.
stara się zrobiłaś, maturę już zdajesz?!

i nie syp cukru do kawy!
pamiętam jak ja zaczynałem pić kawę. oczywiście 3w1. ALE. pewnego dnia ma przyjaciółka olśniła mnie mówiąc "kawa z cukrem jest obleśna" i do tamtej pory tak właśnie uważam i z cukrem w życiu nie wypiję.

Boże jaki ja jestem wpływowy...ej, serio.

muszę coś z tym zrobić

fiona 21.12.2006, 00:59

Kawa z mleczkiem jest najlepsza :D Sprawiłam już sobie drugi ekspres, żeby parzyć, parzyć i paaaarzyć kawę. :)

A jakby moja Mama się wtrącała w moje przedmaturalne nauczanie, to na bank bym tej matury nie zdała. :P Zresztą Ona doskonale wie, że ja działam 'strategią osła' :D

h 21.12.2006, 00:24

mialem sie ciebie zapytac ostatnio o wiek ale juz nie musze. nie nie nie z ciekawosci. tylko hmmm w sposob w jaki sie odnoscisz do ludzi, a przynajmnie to jak to opisujesz jest wrecz bezczelny. eh matka ci daje dobre rady, i one sa naprawde dobre, dobrze ci radze jej posluchac? a nie myslec "pieprz sie". piszesz mature z biologi? wiesz ze w tamtym roku byla to najtrudniejsza matura?... Mc Donald czego tu sie spodziewac bo tak gownianej "resteuracji"? dobra kawa to jest tylko w nielicznych miejscach i po pierwsze jest czarna a po drugie jet bez cukru... z tymi dodatkami traci aromat, zreszta jak herbata...

paffi 20.12.2006, 20:43

mam już dosyć matury i wszystkich pytań o przyszłosć. bęzie co będzie. ;)

pierdola 20.12.2006, 20:29

to tylko materia, a życie toczy się dalej..

facet 20.12.2006, 10:58

tylko spokojnie
oddychaj głęboko..

Cwistak 19.12.2006, 23:12

*hug*
Aparat może się zareklamuje.
A do tak wielkich lokalii jak empik, mcdonald's czy cokolwiek sie nie chodzi w okresie przedswiatecznym. każde dziecko to wie.
miłej nauki.